13. Marianna Rodziewicz-Kuba "Wspomnienia z Powstania Warszawskiego" - (fragment wywiadu)

Marianna Rodziewicz-Kuba "Wspomnienia z Powstania Warszawskiego"


Nie widzieliśmy absolutnie końca, tylko co rano przychodził kurier i na podwórku czytał „Biuletyn” – upadki i zwycięstwa – ale co raz coś padało. Nikt z nas nie wiedział, co będzie dalej. Okazuje się rano, jeszcze ciemno było: wstąpił na podwórko kurier i ogłasza kapitulację. Jak kapitulacja ogłoszona była, to radość. Ale gdzie, z czym, dokąd? Radość, płacz, strach. Oczywiście to ogłoszenie przez szczekaczki niemieckie się mówiło, przez głośniki: „W dwadzieścia cztery godziny proszę opuścić Warszawę, inaczej kula w łeb. Chorzy, niedołężni – będą podwody podstawiane, będą zabierani”. Tak postanowiono. Jak żeśmy poszli do piwnicy (ja nie wyszłam), to zaraz zaczął się na gruzach bazar, bo mężczyźni byli głodni, bez papierosów, to szukali, żeby jakaś wymiana. Co wziąć? Była wersja, że Niemcy zabierają to, co najlepsze. Co wziąć? Najgorsze, żeby nie rozebrali. To już był październik. Żeśmy się szykowali do wyjścia, to było rano. Przyszedł Andrzej, syn mojej dentystki, żołnierz. Ona, jak to matka, mówi: „Andrzejku, idź razem z nami”. Bo można było się rozebrać, po cywilu można było pójść między ludźmi, przecież już nie legitymowali, jak nas pędzili. Ona go zawsze tytułowała Dzidek. „Nie jestem Dzidek, jestem żołnierzem, swoich dzieci nie zostawię”. Ubrał się w przedwojenne ubranie podoficerskie (już później był porucznikiem), pożegnał się z nami, poszedł na swój punkt, do złożenia kapitulacji.
Myśmy się ubierali, wzięłam jasieczek, prześcieradło, podpinkę, kocyk. O mojej pięknej kołdrze nie było mowy, bo musiałby tobół być. Dentystce wzięłam (bo to metalowe) wszystkie narzędzia dentystyczne na bieżąco potrzebne. Ona i jej mąż – nie wiem co. Po obiedzie wychodzimy na Kruczą, do Pięknej, przecięta Marszałkowska, na Koszykową i w stronę Ursusa. Jak żeśmy się obejrzeli na gruzy, nie wierzyłam, że to miasto powstanie. Jak żeśmy wyszli już poza bloki, to Niemcy szpalery zrobili, żeby nas pilnować. Konno, z nahajami, co jakiś odcinek i tak nas prowadzili. Ludzie już bliżej wsi, jak zobaczyliśmy zieleń, to ludzie stanęli ze stolikami, pomidorami, jabłkami, gruszkami czy śliwkami. Mamy szpalery, ale nie jeden przy drugim. Ktoś miał pod ręką parę groszy, może wyskoczył. Nam już było wszystko jedno. Nic nas nie interesowało, na przykład, żeby coś kupować, szukać. Szliśmy dalej. Już po południu żeśmy wyszli, nadal idziemy. Jedni upadali, a niektórzy brali toboły, ile tylko można było wziąć. Później, jak żeśmy szli tą szosą, myśmy szli po tym wszystkim, bo ludzie rzucali. Deszcz zaczął padać, zaczęło moknąć to wszystko, zaczęło parować na nas. Myśmy nie mieli co rzucać, bo naprawdę krótko, węzłowato było wzięte. Ludzie uważali, że może wyniosą. Tak nas pędzili. Już się zbliżała gdzieś godzina dziesiąta wieczór, już się dobrze schmurzyło. Niektórzy upadali, podnosili jedni drugich. Jak dziecko prowadzone było, ktoś był silniejszy, brał matce to dziecko, pomagał, żeby nikt nie padł. Jak padnie, to zaraz zabiją, bo przecież on jedzie z automatem i z nahajem. Jak żeśmy dopędzali już przed Włochy, to oni obstawili folksdojczami, żeby, jak kolumnę naszą puszczą, nie rozlecieć się po tym terenie, po komórkach czy po podwórkach, po sadzie. Już dochodzimy, szaro, bo to październik, pochmurno i deszcz. Wyszliśmy w pięcioro, to znaczy ja, moja szefowa i jej mąż, jego przyjaciel nauczyciel (dentystki mąż też był nauczycielem) i nasza sąsiadka, lokatorka z naszego bloku, z parteru. Ojca chorego zostawiła z siostrą. On był „alzheimer”, nie wiem, jak go zabrali. My już dochodzimy, to dosłownie widzę do dziś dnia, bym tam poszła i pokazała. Widać już mostek przed Włochami, już zabudowy widać. Dlaczego mostek? Bo pod tym mostkiem kolejowe szyny, tam pociągi przechodziły. Kiedy my już dochodzimy, jakiś zamęt się zrobił, szum. Wiadomo, [człowiek] młody, ciekawy. Co się dzieje? Przeskoczyłam na drugą stronę na szosie, na bok. Słyszę, folksdojcz mówi: „Sto złotych od łepka”. Boże, zrozumiałam! Nie trzeba było tak, jak dzisiaj, co nie słyszę. Podskoczyłam do szefowej i mówię: „Tak i tak”. Tłumaczyłam, że po prostu sprzedawali nas. Ona od razu podchodzi. [Folksdojcz] pyta się, ile nas. „Siedmioro”. Jak siedmioro, to ona dała osiemset złotych, po sto złotych. Folksdojcz mówi: „Proszę z nasypu na dół i ile tylko sił koło torów biegiem. Proszę się nie bać, że będzie strzelanina”. Oni po prostu chcieli prawdziwym Niemcom pokazać, że coś robią, że straszą, że strzelają, a robili to w powietrze. Jak żeśmy się zsunęli (szefowa była przecież chora, ale wtedy zdobyła siły, nie wiem skąd), jak żeśmy dolecieli, już brak było tchu. Koło torów żeśmy przystanęli. Obejrzeliśmy się, skąd żeśmy wyszli. Słychać tylko głosy. Przecież nie wiadomo, w którym miejscu kolumny żeśmy byli.
Teraz, jak przejść przez tory kolejowe i gdzie? Koło jedenastej w nocy, mokre wszystko, tylko wyżymać. Jakoś przeczołgaliśmy się przez tory, bo to było nisko, nie na nasypie. Była wielka kupa chmielnika po wykopkach kartofli. Żeśmy siedli na tym. Co dalej robić? Jesteśmy wolni i nie wiemy co. Jak jeszcze żeśmy wychodzili, już nie strzelali, to jeszcze jakąś fasolę żeśmy rozgotowali. Na pół surowa, ale obgotowana, w woreczek była wsypana. Jako lekarz dentysta ona cały czas dostawała spirytus na odkażenie. Miała pół litra spirytusu. Jak żeśmy siedli, to parowało, a przecież byliśmy głodni. Rano nie było mowy o jedzeniu, tylko jak wyjść i co dalej. Wyjęła groch z woreczka, miała kieliszek czy naparstek, wszystkim po tym kieliszeczku i fasolą żeśmy zagryźli. Co dalej? Deszcz pada nadal, widać następną szosę dalej, przy samej wsi, i bez przerwy Niemcy motocyklami jadą. Jak się przedostać do wsi, przeskoczyć? Żeśmy się z Fredzią (tak się nazywała nasza sąsiadka) doczołgały. Starszych ludzi, szefową, nauczyciela jednego i drugiego żeśmy zostawiły, a my idziemy do wsi na wywiad. Co zrobić? Przecież na rano to my zastygniemy, [bo] mokro i zimno. Przy szosie żeśmy się przytuliły. Akurat był troszkę przelot, to my tak, jak żółwie, raz dwa przez szosę. Już byłyśmy poza szosą. Doleciałyśmy do pierwszych zabudowań. Pukamy do okna, odzywa się mężczyzna, mówi: „Kto tam”. − „Warszawiacy”. − „Proszę państwa, nie ma miejsca! Po drugie nam grozi kula za wasze przyjęcie”. – „Litości prosimy, naprawdę litości! Byle gdzie aby nie na polu”. Czy od razu kazał przyjść? Powiedział: „Najwyżej w kurniku”. – „Wszystko jedno gdzie”. Tą samą drogą przeczołgaliśmy się z powrotem do tych ludzi, co siedzieli na chmielniku. Z nimi trudniej, bo starsi. Miałam dwadzieścia dwa lata niecałe, tamta kobieta w sile wieku, czterdzieści lat, to co to było, mimo zmęczenia, mimo głodówki. Jeszcze się dawało radę, a strach pomagał. Poszliśmy po nich i jakoś żeśmy przywlekli, ze świeczką czy czymś. Ten człowiek był dobry, naprawdę. Otworzył kurnik i mówi: „Siadajcie do rana. Co dalej z wami, to nie wiem”. Dobrze, siedliśmy. Jeszcze po drugim naparstku dała spirytusu, dokończyliśmy fasolę. W kurniku była podstawiona miska, jakiś baniak, bo ciekło. Kury gdaczą, bo już spały, przestraszyły się ludzi. Nauczyciel się kręci, nie ma gdzie siąść. Ja gdzieś siadłam, kto gdzie się przytulił… Wiadomo – kurnik, już się nie mówi, że śmierdzi. Siedzimy. Nauczyciel poszukał jakiejś deski i na baniak z wodą położył, że siądzie. Deska się złamała i on nie dość, że był mokry, to wpadł do kotła z wodą. Znowu śmiech mimo wszystko, bo co można robić.
Rano mówię do gospodyni, że może trochę mleka ma. Poparła to dentystka, przyleciałam do gospodyni i mówię: „Proszę pani, może chociaż z litr mleka?”. − „Już żeśmy rozdali, nic nie ma, ale niech panienka idzie do drugiej posesji. − Dała mi kankę na mleko. − Proszę tylko tak iść, jakby była swojska, bo są garaże w sadzie, remontują tam motocykle i tam są Niemcy. Ale jak nie będą widzieli nic podejrzanego, to ich to nie interesuje”. Idę z ta kanką tak, pukam, wchodzę do kuchni. Siedzi dwóch mężczyzn i jedzą śniadanie. Pytam się: „Gdzie gospodyni?”. − „Wyszła”. Dalej jedzą śniadanie i rozmawiają. Mówi: „Pospiesz się z tym jedzeniem, bo zanim dojedziemy, to przecież kawał”. Wypowiedział [słowo] Piaseczno. Zorientowałam się, że oni są furą, koniem czy dwoma końmi. Już nie czekałam ani na to mleko, ani nic, tylko z kanką z powrotem do dentystki wpadam, mówię: „Są ludzie z wozem do Piaseczna”. Tam jej mama i rodzice mieli willę, dom, wszystko. To przecież zbawienie. Ona poszła do nich i prosi, pyta się. Oni podwyższyli po dwieście złotych od łepka. „Musimy jechać nie traktem, nie szosą, tylko polnymi drogami. Inaczej nas i was by zabrali. My też ryzykujemy”. Nie ma sprawy. To tylko ja, dentystka i jej mąż, a tamtych ludzi żeśmy zostawili, dlatego że nie wiadomo, co byśmy z nimi zrobili. Każdy wyzwolił się z tego piekła, to niech już sobie radzi. Myśmy siedli na wóz, bez mleka, bez jedzenia. Jesteśmy szczęśliwi, na wieczór będziemy w Piasecznie. I tak było. Słonko zachodziło, jak byliśmy przed domem szczęśliwi. Boże, już nic nam nie grozi! Jak żeśmy przyszli, to niewiele było, tylko tyle, że wolni byliśmy. Tam stacjonowali Niemcy. Babcię wysiedlili. Niemcy co lepsze zabrali, a co gorsze – Polacy rozrabowali, tak że ani łyżki, ani miski, ani czym się przykryć, ani co jeść. Tylko tyle, że nie jesteśmy już tam, tylko tu. Oni są chorzy, nie ma nic. Usłyszałam, chyba za tydzień, że obok jest posesja i szukają kobiet do kopania kartofli. Od razu zgłosiłam się, 1200 kilo kartofli zarobiłam, które zostawiłam swoim pracodawcom. Tam właśnie poznałam dziewczynę, między Puławami a Zwoleniem była jej mama. Żeśmy się zapoznały, jak dziewczyna z dziewczyną. Mówi: „Co my tu będziemy robić? Wywędrujemy w stronę Radomia, do mamy. Tam przezimujemy, a w Radomiu poszukamy pracy”. Tak było.

Fragment wywiadu przeprowadzonego w dn.26.08.2011 r. z Marianna Rodziewicz-Kubą przez Małgorzatę Rejmak z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie.

Zródło: http://ahm.1944.pl/Marianna_Rodziewicz-Kuba