Jednak nadszedł 1 września 1939 roku. Wtedy pani Helena – jak pamięta, poszła pierwszy raz do szkoły w miejscowości Tułać.
Pamięta, że któregoś dnia pokazali jej i innym dzieciom (w szkole) radziecki film fabularny zatytułowany „Czapajew”. Pani Helena była pod wielki wrażeniem, którym podzieliła się w domu. To nie spotkało się z entuzjazmem jej matki, która ją ostro skarciła. Jak pamięta, po raz pierwszy i ostatni – matka podniosła na nią rękę.
17 września – był pięknym, jesiennym dniem. Nic nie zapowiadało, że będzie to dzień wyjątkowy dla ich rodziny, dla Polski, Europy i całego świata. Dzieci nie rozumiały, co to wojna. Dorośli dyskutowali nad tym, co się zdarzyło tego dnia, bowiem napaść sąsiada zza wschodniej miedzy nie była naturalna, był to wyjątkowo zdradziecki czyn. Po tym dniu tutejsi Białorusini rozochoceni tym, że Rosjanie napadli na Polskę, zabierali mieszkającym tam Polakom, co popadło. Byli tak jakby ponad prawem. Ojcu pani Heleny zabrali konia kasztanka, także bydło. Białorusini byli tak rozochoceni i pewni siebie, że zabierali Polakom wszystko, dobierali się do ich dobytku, którego przecież nikt nie miał za wiele.
Nadeszła sobota 10 lutego1940 roku. Pani Helena bawiła się z bratem na podwórku, choć tego dnia było dość mroźno. Pamięta, że rodzice szykowali się do kościoła. Przed południem, a było to około godziny 11:00, zajechali na ich podwórko „bajcy” z komandirem, czyli radzieccy enkawudziści i kazali spakować się w zaledwie 20 minut. Czasu było przeto niewiele, więc wszyscy brali pod rękę to, co popadło. Jakieś ciepłe ubrania, jedzenie. Wszystko inne, w tym bydło i pies w budzie, pozostało. Zapakowano ich na sanie i powieziono do Miadzioła. Tu spędzano innych polskich osadników wojskowych i ich rodziny z okolic. Potem przemieszczono ich wszystkich na stację kolejową w Postawach, gdzie czekały już na nich wagony bydlęce, w których bez pardonu ich wszystkich umieszczono. Ścisk był niemiłosierny. A nadto rodziły się pytania. Co to się dzieje? Gdzie ich chcą wywieźć? Wiele pytań nasuwało się w wielu smutnych myślach zdezorientowanych Polaków. Ale nikt nie znał konkretnej i jednoznacznej odpowiedzi.
Wagony „wyposażone” były w prymitywne prycze, które umieszczono także pod ścianami, żelazny piecyk, który stał na środku wagonu. Na środku też znajdowała się dziura w podłodze. Służyła ona do załatwiania spraw fizjologicznych.
Jechali tak ponad trzy tygodnie. Po drodze był jeden postój, a było to w Czelabińsku, gdzie była przymusowa łaźnia. W wagonach, nie dość że panował ścisk, był też wielki smród i mnóstwo wesz. Po drodze kilka osób niestety zmarło.

Od czasu do czasu dostawali do jedzenia tak zwany „kipitoch”, jakąś lurowatą zupę, nieco chleba i „rosolnik”. Po wielu dniach tej kolejowej tułaczki dotarli do syberyjskiego Żangistobe, u podnóża gór Tienszan, niedaleko granicy z Chinami. Stąd, dalej saniami, powieziono ich ponad 70 km do Karanczankuru – po kazachsku „Głęboki Kocioł” (20 km od granicy chińskiej), gdzie była – jak się wkrótce dowiedzieli, kopalnia złota o nazwie „Toczka”. Kiedy tam zajechali, stłoczono ich w miejscowej szkole (w jednym pokoju 17 osób!), po czym zaczęto rozkwaterowywać po różnych ziemlankach. Rodzina Rodziewiczów „dostała” przydział do lepianki, gdzie mieli do dyspozycji jedno nieduże pomieszczenie. Drugie pomieszczenie zajęła rodzina Derwinisów.
Tu dla dorosłych stworzono normalny obóz pracy, którym zawiadywał komendant.
Polacy, których tam teraz była większość, bardzo głodowali. Szukali różnych sposobów, by zdobyć coś do jedzenia. Ukradkiem – bo obozu opuszczać nie można było, chodzili do pobliskiego kołchozu, na wymianę. Coś ze swego dobytku oddawali, a w zamian otrzymywali coś do jedzenia.

Pani Helena pamięta, że dotarli tam przed 8 marca 1940 roku, bowiem 8 marca zorganizowano występy – w tym z udziałem Polaków, a było to z okazji Dnia Kobiet.
Matka pracowała w kopalni złota, do której docierała, tak jak inni, pieszo po godzinie i 15 minutach, ojciec woził wozem konnym rudę do pobliskiego młyna, za co otrzymywali niewielkie racje – można by rzec, symboliczne racje chleba. Dzieci i starcy, czyli niepracujący, przydział chleba mieli więcej niż znikomy. Pracujący otrzymywali dziennie 500 g chleba, niepracujący, a więc dzieci i starcy – 300 g.
Tak żyli w tych ciężkich i niepewnych warunkach do czasu, kiedy zaczęła formować się armia polska generała Władysława Andersa. Wielu mężczyzn pragnęło wstąpić do tego wojska, ale to nie było takie proste.
Jesienią 1942 roku opuścili dotychczasowe miejsce i udali się w drogę w nieznane. Jechali bez celu, a w zasadzie, za wojskiem gen. Wł. Andersa. Tak dojechali do Usztobe, gdzie koczowali siedem dni. Ciągle panował głód, był wielki upał, i ta straszna niepewność jutra. Wszyscy byli bardzo przygnębieni, brak było w ludziach wiary i nadziei na lepsze, normalne jutro.
Dojechali dalej do położonej o 40 km od Usztobe Osady Sacharnyj Zawod, zwanej dalej „Sieło Kirowa”. Mama pani Heleny poszła do pracy do pobliskiego sowchozu, ojciec podjął pracę w cukrowni. Było tu wielu Polaków, których dokwaterowywano do tutejszych mieszkańców. Rodzina Rodziewiczów pomieszkała na kwaterach przy IX ulicy. W tym miejscu mieszkało też wielu muzułmanów, którzy żyli niewiele lepiej od Polaków. Też musieli walczyć o codzienny byt i przetrwanie.
Polacy mieszkający tam bardzo licznie, byli poniżani i zastraszani przez miejscowe władze. To nie pomagało we wzajemnych stosunkach międzyludzkich.
Pani Helena pamięta straszne, mroźne i srogie zimy, były ogromne śniegi, ale też piękne i upalne lata, lecz nazbyt krótkie, niestety. „Pamiętam, że step zmieniał - dosłownie z każdym dniem, swoje barwy, ale my nie mieliśmy powodów do radości.” – wspomina pani Helena.
Pamięta, że pewnego razu wybrała się (nie wie po co) do kopalni złota. Musiała iść długo i wysoko pod górę. I pamięta, że wszędzie było pełno żmij, czy węży. Trudno było postawić stopę, by na nie nie nadepnąć. Było tego w bród. Od tego momentu aż do teraz ma lęk przed wszelkiego rodzaju gadami.
I mieszkali tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Od czasu do czasu trzeba było zrobić jakiś porządek w izbie. Pamięta, że brano wtenczas świeże łajno krowie, rozcieńczano je z w wodzie, robiąc z tego papkę. Potem szmatką tę papkę rozprowadzano po danej powierzchni. Robiła się wtedy warstwa zielonkawego meszku. I to było całe sprzątanie izby.
W 1945 roku, pod jego koniec, dotarła do nich wiadomość, że skończyła się wojna światowa. Przyszła nadzieja na powrót do Ojczyzny. Wszyscy przeogromnie tęsknili za krajem, za swymi stronami, oddając się częstokroć modlitwie. To pomagało przetrwać.
Aż nadszedł 13 marca 1946 roku. Ruch się zrobił w osadzie, bowiem podstawiono skład kolejowy złożony z wielu wagonów bydlęcych, do których Polaków po prostu zapakowano. Wiedzieli już wtedy, że przyszedł czas na powrót do Ojczyzny. Radość, ale i zarazem ból (wielu Polaków tam pozostało na zawsze, bo dotknęła ich śmierć – niestety) były nie do opisania. Kiedy wsadzano ich do wagonów, pani Helena chorowała na malarię tropikalną i w zasadzie nie była tego faktu świadoma. Nie pamięta, ani kiedy wsadzono ich do wagonów, ani części podróży. Co się wtedy działo? Z racji choroby – nie pamięta. Dopiero w połowie drogi do Polski, poczuła się lepiej i mózg zaczął poprawnie pracować, przyszła świadomość.
Po wielu dniach transportu w nieludzkich warunkach dotarli do opuszczonego nadgranicznego polskiego Przemyśla. Tu się na chwilę zatrzymali, po czym ruszyli na północny – zachód, na Ziemie Odzyskane. Nikt wówczas nie wiedział co to, gdzie to i czym się to je. Po kolejnych kilku dniach dotarli do Stargardu Szczecińskiego na Pomorzu Zachodnim. Tu podróż koleją się skończyła. Stąd rodzina Rodziewiczów pojechała rozklekotanym samochodem do Nowogardu, gdzie zajęli miejsce w suterenie szpitala, a obok był ładny ogród z licznymi drzewami i krzewami owocowymi. Były różne możliwości zagospodarowania się, dla przykładu na wsi, w mieście. Rodziewiczowie postanowili pozostać w mieście.
Mama przyjęła się do pracy w miejscowym szpitalu. Pracowała w kuchni, a więc był szerszy dostęp do żywności. Ojciec też podjął pracę. Praca była potrzebna, by utrzymać siebie i rodzinę. Dzieci były jeszcze małe, potrzebowały witamin.

Pani Helena wraz z bratem w wolnych od szkoły chwilach pasała krowy i rozkoszowała się tutejszą przyrodą, którą tak do dziś kocha.
W 1951 roku ukończyła średnią szkołę z maturą, po czym podjęła studia w szczecińskiej Pomorskiej Akademii Medycznej, którą ukończyła w roku 1957. Potem pracowała jako lekarka dwa lata w Dobrej Nowogardzkiej. Wiedziała, że brakowało jej potrzebnej wiedzy medycznej, a na domiar złego, trzeba było być dyspozycyjnym przez 24 godziny na dobę. To było za trudne wyzwanie dla młodej kobiety. W 1958 roku przyjęła się do pracy w charakterze asystenta chirurga do szpitala w Nowogardzie. Pracowała i dalej się kształciła, by w późniejszych latach zdobyć specjalizacje I i II stopnia z chirurgii ogólnej (specjalista chirurg).
Po szpitalu w Nowogardzie była praca w szpitalu na szczecińskich Pomorzanach. Były to lata siedemdziesiąte. Potem był szpital w Zdunowie, a następnie neurochirurgia w szpitalu na Unii Lubelskiej w Szczecinie.
Dnia 13 kwietnia 1981 roku przybyła do Kamienia Pomorskiego – jak jej się wydawało na trochę, ot kolejny etap jej życia, pozostała tu jednak do dzisiejszego dnia. Podjęła wówczas pracę w Uzdrowisku kamieńskim na stanowisku Ordynatora Oddziału Narządu Ruchu. Pracowała tam do zasłużonej emerytury, na którą przeszła w 1987 roku.
Dziś ta wiekowa pani jest osobą schorowaną, ale i bardzo pogodną, kontaktową. „Czuję się wiecznie młoda” – powtarza sobie i innym.
Do czasu, kiedy odbyła podróż do dalekiej Australii, a było to w roku 1990, odczuwała ciągle nieopisane uczucie głodu, po powrocie minęło to, jak czarodziejską różdżką dotknął. „Podkreślam, że ten jeden widoczny syndrom poobozowy ustąpił po ponad 40 latach trwania. Inne pozostały” – podkreśla pani Helena.
Mimo choróbsk, które ją codziennie nękają, stara się jakoś żyć. Żyje w samotności, ale ma wielu przyjaciół, znajomych, niedaleko mieszka jej rodzina, która ją często odwiedza. Nazwisko Rodziewicz to nazwisko bardzo szlacheckie i pani Helena jest z tego bardzo dumna. „Co jakiś czas spotykamy się na imprezach integracyjnych naszej rodziny. To też jest jakiś element, by się nie poddawać i żyć, czerpać z życia jak najwięcej” – podkreśla. Kocha zwierzaki. Ba, sama ma w domu pięknego i miłego kota, który jest jej perełką.
Żałuje jednakowoż, że polskie władze nie interesują się polskimi zesłańcami, którzy do dziś przebywają na dalekich stepach ogromnej Syberii. Kolejne pokolenia począwszy od pierwszego rozbioru Polski, a nawet dalej, wywożone były systematycznie na Syberię. Dziś pozostaje po nich kolejne pokolenie, które liczy, że wreszcie Polska zainteresuje się nimi na poważnie. Jak sama podkreśla, bo to piekło przecież przeszła sama, Polacy tam tęsknią za Ojczyzną i czekają, że może wreszcie ktoś się nimi zainteresuje. Sami klepiąc biedę, żyją dniem dzisiejszym, nie wybiegają naprzód, w przyszłość, bo wiedzą lub czują, że ich los się wcale nie zmieni.