Benedykt Gugała ur.15 kwietnia 1925 r.

Za Pelcowizną był Kanał Żerański, który stanowił granicę między Pelcowizną a Żeraniem. Na tym kanale ufortyfikowały się nasze oddziały, nasza piechota, nasza artyleria i mieli bronić. Ale nastąpił pewien incydent. Mieszkaliśmy obok górki rozrządowej. 10 września, dokładnie w niedzielę, był nalot na górkę rozrządową i jeden z samolotów zrzucił bomby tak niecelnie, że trafił w dom sąsiada naprzeciw naszego domu, o trzydzieści, czterdzieści metrów od tego domu. Była przerażająca historia. Bomba była prawdopodobnie, według mojego obecnego szacunku, dwieście pięćdziesięciokilogramowa. Zginęły tam trzy siostry, nazywały się Dembowskie, bardzo ładne dziewczyny. Zostały tylko w majteczkach, podmuch tego pocisku rozebrał je prawie do naga. Nie były ranne, ale nie żyły, żadnej rany w dosłownym sensie nie było. Mama postanowiła wyjechać do Tarchomina. Mieliśmy tam z rodziny mojej babci jej stryjecznego brata. Moja mama z domu Rodziewiczówna jest, ponieważ mój dziadek nazywał się Rodziewicz i pochodził ze Żmudzi. Kilka lat później odkryto, że nasze linie Gułagów i Rodziewiczów znów się połączyły. Moja cioteczna siostra ożeniła się z Jerzym Rodziewiczem, który przyjechał do rodziców na wizytę po ich małżeństwie tuż przed samą wojną w 1938 roku i z dziadkiem doszli do tego, że dziadka dziadek, a Jurka Rodziewicza pradziadek to są jedną i tą samą [rodziną]. Natomiast gałęzią boczną jest ta pisarka Rodziewiczówna. Mam w połowie pochodzenie z zacnej żmudzkiej rodziny.

Powstanie. To było tak: o godzinie przed czwartą przyszedł do mnie mój przyjaciel Władziu Poziemski, bardzo przystojny chłopak, blondyn, miał takie powodzenie u dziewczyn, że wszyscy mu zazdrościli. Gdzie tylko byliśmy, na jakichś spotkaniach damsko-męskich, to Władek był atakowany przynajmniej przez trzy dziewczyny zabiegające o jego względy. Byliśmy w przyjaźni. Wiedziałem, ze jest w AK, wiedział, że jestem w tym. Jakieś dwa miesiące przed powstaniem mieliśmy taką przygodę: wracaliśmy ze szpitala Świętego Łazarza i na Solcu szliśmy do tramwaju na wiadukcie. Pod wiaduktem akurat wkroczyliśmy na naszych chłopaków rozbrajających grupę niemieckich żołnierzy. Było chyba dwunastu żołnierzy, naszych chłopaków było więcej, byli uzbrojeni. Jeden, taka sierota, stal i nie miał go kto rozbroić, wobec tego myśmy podeszli, mówię: „Władek, zabieramy mu gnata.” – jak to się wtedy nazywało. Wyciągnęliśmy mu ten pistolet, nawet nie troszcząc się o nic innego. Pistolet był załadowany. Co się okazało, to był radziecki pistolet TT. Po prostu później dopiero odkryłem, dlaczego. To były takie pistolety, że mogłyby mieć piasek w lufie, a strzelały, nic im nie szkodziło. Były toporne, ale nie do zdarcia, to była typowa radziecka broń. Powiedział mi Władek: „Słuchaj, idę na Powstanie.” Mówię: „Dobra, zaczekaj.” Nie wiem, czy to jakaś telepatia, szedłem do niego i spotkaliśmy się w połowie drogi między jego domem a moim. Poszliśmy do mnie. Mówię do mamy: „Musimy wyjść. Może mama nam trochę kanapek [zrobić]?” „Co się stało?” I zaczęła mama płakać. „Nie płacz mamo, idziemy na Powstanie.” Mama nam przygotowała trochę rzeczy. Przyznam się szczerze, że nawet potrzebne nam było coś do jedzenia. Poszliśmy na punkt zborny na ulicę Bartniczą. Dlaczego nie wziąłem udziału w centrum Warszawy? Po prostu sprawa była trochę dziwna według mnie. Mówiło się o porozumieniu AK i NSZ - kiedy ma wybuchnąć Powstanie, NSZ będzie zawiadomiony w odpowiedniej chwili, żeby zdążył przeprowadzić rekrutację. Mijały dni, dzielące od 1 sierpnia, ale po prostu nic nie było wiadome, że to będzie 1 sierpnia. Zresztą pierwszy rozkaz do pierwszych [ludzi], którzy rozprowadzali wiadomości, rozkaz do swoich punktów, był w późnych godzinach rannych i NSZ nic nie wiedział na ten temat, kiedy. W NSZ-ie panowała dwoistość, że musimy dotrzeć do Brygady Świętokrzyskiej, dołączyć się do nich i z nimi wycofać się na zachód. Brygada Świętokrzyską reprezentowała sobą siłę naprawdę jednego porządnego pułku. Mieli uzbrojenie, lekką artylerię, mieli dużo broni maszynowej, tak że to była grupa, z którą Niemcy się liczyli. Był zawarty nawet sojusz, później jak się dowiedziałem, pakt o nieagresji, Niemcy: „Jak nie będziecie nas atakowali, to my wam damy spokój. Idźcie sobie w głąb Niemiec. Ruscy są także takimi samymi wrogami jak wy.” Takie były motywy tego działania. Dzięki temu Brygada Świętokrzyska miała wprawdzie trochę potyczek z Niemcami. W tym czasie przy ostatniej ofensywie już weszli na tereny, które zajęli Amerykanie. Dwoistość NSZ-u spowodowała, że później stwierdzono w naszym warszawskim sztabie, że niestety to jest niewykonalne. Dlatego, że przerzucić około tysiąca młodych ludzi dwieście kilkadziesiąt kilometrów jest sprawą niewykonalną, bo ani nie można pojechać pociągami, bo od razu to wszystko wyda się i Niemcy odpowiednio zareagują. W związku z tym powiedziano, że będziemy czekać na sygnał o Powstaniu Warszawskim. Dano nam do wyboru: „Możecie zostać, kto jest nieznany jako żołnierz w swojej dzielnicy, niech zostanie w swojej dzielnicy, później na pewno się go zawiadomi po otrzymaniu wiadomości o dokładnym wybuchu Powstania.” Miałem podejrzenie, bo moja siostra dwa razy chodziła na ostre pogotowie. Ona też się nie przyznawała do tego, chociaż jedno drugie podejrzewało, ale powiedzieliśmy sobie nawzajem, że nie będziemy o sobie mówili, bo to tylko może zaszkodzić całej rodzinie. Ostatniego dnia, 31 lipca była jeszcze w domu, wzięła jakiś pakunek, swoją torbę, poszła i już nie wróciła. W tym momencie jestem już z Władkiem. Musieliśmy przejść przez tory kolejowe, na szczęście posterunek na przejeździe kolejowym na ulicy Toruńskiej nie był obsadzony, żeśmy przeszli. Naprzeciw szkoły na Bartniczej, było kino-klub, koło niej przystanek tramwajowy. Na tym przystanku stało dwóch Niemców. Myśmy rozejrzeli się, czy jest ich tylko dwóch. Stali, nikt inny się nimi nie interesował, mówię: „Władek, mamy pistolet, zorganizujemy jakąś grupę i rozbroimy tych Niemców.” Jak żeśmy poszli, zacząłem szukać jakiegoś oficera. Znalazłem w przyziemiu, to znaczy blisko szatni znalazłem majora, starszego pana, który przedstawił mi się jako intendent. Mówię: „Panie majorze, pozwolę sobie zameldować, że stoi dwóch Niemców na przystanku i chcemy ich rozbroić.” On na to: „To nie jest moja gestia, jestem intendentem, a poza tym przed godziną „W” nie można rozpoczynać żadnych akcji.” Mówię: „Panie majorze to nie będzie akcja, to będzie normalne rozbrojenie, takie stereotypowe, jak to się rzadko zdarza, nikt tego nie będzie identyfikował z wybuchem Powstania.” „Nie, ja takiej decyzji nie podejmę.” Wyszedłem na dziedziniec, gdzie było już grubo ponad dwustu chłopaków, później przybywali jeszcze. Zacząłem szukać. Wreszcie jeden z moich kolegów pokazał mi: „Patrz, ten wysoki blondyn to jest podchorąży, idź od niego.” Poszedłem do niego i mówię: „Panie podchorąży, musimy rozbroić tych dwóch Niemców, którzy czekają.” Mówi: „Kolego, nie możemy nic zrobić, bo przed godziną ‘W’ nie można.” Mówię: „my nie chcemy zaczynać Powstania, tylko chcemy rozbroić Niemców. Czy mamy za dużo broni? Bo obawiam się, że nie będziemy mieli. Dwa karabiny od nich, mieli jeszcze pasy z ładownicami, na pewno się przydadzą.” Wreszcie namówiłem go. Wyszliśmy dwoma trójkami. Jeden z trójki poszedł w jedną stronę, zaszedł go od strony cmentarza, drugi od strony przystanku tramwajowego „Pelcowizna”, żeśmy się uformowali, był określony znak, że on uchyli lekko czapkę i w tym momencie mamy zaczynać. Myśmy z Władkiem, zresztą oddaliśmy plutonowemu swój pistolet dla tego młodszego, wzięli się za tego starszego. Nam poszło to gładko, ponieważ starszy człowiek jest człowiekiem rozsądnym, wtedy mógł mieć grubo ponad pięćdziesiąt lat, tak go oceniłem. Natomiast ten młody był nieomal naszym rówieśnikiem, był nieco starszy, bo był w randze feldfebla, to jest odpowiednik albo plutonowego albo sierżanta, ale był uzbrojony w karabin, to nie mógł być sierżantem. Zaczął się szamotać z tymi chłopakami i był silny, tak silny, że o mały włosek już wyrywał im ten karabin. Mówię: „Władek, odchodzę od was, idę do drugiej grupy.” Miałem do nich jakieś sześć metrów, przygotowałem się, oni się szamocą, odepchnąłem jednego kolegę i wyrżnąłem tego Niemca w nos. Trafiłem go w samą nasadę nosa. Odchylił się do tyłu, ja troszeczkę boksowałem. Drugim ciosem, który mu zadałem to był cios podbródkowy, ale w tym momencie, gdy moja pięść dosięgła jego podbródka upadły mi na nadgarstek dwie krople jego krwi, która broczyła z jego nosa. W tym momencie opadły mi ręce, ale wtedy już żołnierz się nie bronił. Ostatnią moją czynnością było odebranie mu tego karabinu i to był już koniec, bo tamten drugi Niemiec był całkowicie z rękoma podniesionymi, czekał tylko na dalsze losy. Musieliśmy teraz przejść ten trzydziestometrowy odcinek drogi. Na przystanku stało jeszcze koło dwudziestu pięciu, trzydziestu osób, czekających na ostatni tramwaj, który miał przyjechać do tej pętli i wracać. Przeszliśmy, prowadziliśmy ich praktycznie przez tę ulicę do punktu zbornego, do furtki. Po drodze zaczął lamentować ten starszy Niemiec Ich habe Kinder , że został zmuszony pójść do wojska, mimo że jest stary. Wtedy powiedziałem mu [niezrozumiałe], to jest moja gimnazjalna niemczyzna, której do dzisiaj wprawdzie mógłbym się nauczyć, ale odpycha mnie, nie mogę się nauczyć. Te dwie krople znamionują jakieś usposobienie Słowianina, który, mimo, że tak jak ja chciałem, obiecywałem sobie, że jak tylko będzie okazja, to pierwszego Niemca, którego złapię, to, jeżeli nie będę mógł inaczej, to go zaduszę, ale muszę go uśmiercić. Niestety, to wszystko mi odeszło, moich obietnic nie zrealizowałem natychmiast. Weszliśmy na teren szkoły. Później zabraliśmy tych dwóch Niemców, to znaczy ja, Władek i podchorąży, reszta chłopaków została na dziedzińcu, poszliśmy do pana majora i powiedzieliśmy, że: „Panie majorze – ja już w tym momencie zabierałem głos, bo nie podchorąży – przynieśliśmy panu prezent – dwóch jeńców, których pan musi przechować i dwa karabiny. Ale jeden ja zabieram.” Wyszedłem z tym karabinem. Już w tym momencie zaczęło się coś dziać, dlatego, że jak wyszliśmy od majora była, zdaje się, za dziesięć minut piąta. Kiedy była piąta znaleźli się, powiedziałem, że mam karabin. Mówi: „Dobrze, będzie pan w sekcji obrony bramy wejściowej, która wychodzi na ulicę Białołęcką.” To była szkoła, parkan był murowany. Furtka licowała z zewnętrzną ścianą szkoły od Białołęckiej, później były murowane słupy i to było wykładane cegłą. Były trzy takie sześciometrowe działki do bramy wjazdowej. Za bramą wjazdową były jeszcze tak samo trzy działki i między innymi stał tam śmietnik, który co tydzień był opróżniany ze śmieci, które wyprodukowała szkoła. Było trochę desek, trochę gwoździ, znaleźliśmy młotek, skleciliśmy coś w rodzaju prowizorycznych podeścików, które sięgały do połowy tego prawie dwumetrowego parkanu. Te słupy były zakończone dosyć płasko, że mogły służyć jako dobre oparcie dla karabinu. Zrobiłem sobie swoje stanowisko i czekałem. Nic się nie działo, tylko w tym czasie już od siedemnastej do godziny dwudziestej, dwudziestej pierwszej, nawet później, tylko spóźnieni przechodnie chyłkiem przemykali się, chcąc zdążyć przed godziną policyjną, ale już godziny policyjnej nie było, ale niektórzy nie wiedzieli o tym. Na ogół tamta ulica była bardzo ruchliwa, bo było dosyć gęsto zaludnione, domy stały wzdłuż całej ulicy, ciągnęły się aż do bramy cmentarza bródnowskiego. Natomiast wtedy [było] pusto. Zapadał mrok. Gdzieś jak już całkiem zmierzchało usłyszeliśmy narastający siłą dźwięku warkot. Po kilku minutach ukazały się dwa czołgi. Stanęły na rogu ulicy, która robił w Białołęckiej taki załom i wychodziły do obecnej ulicy Wysokiego. Taki sam załom jest chyba do dzisiaj, to jest naprzeciw kościoła. Tam tuż za kościołem stanęli i czekają. Wiemy, że nas obserwują. Natychmiast zawiadomiliśmy dowództwo, że nadjechały czołgi, co mamy zrobić. Ku naszemu zdziwieniu nagle wybiegło ze szkoły pięciu chłopaków z ręcznym karabinem maszynowym i korzystając z tych podeścików, które myśmy wzdłuż całego tego murowanego parkanu zrobili, oni jeszcze dobudowali sobie i zrobili sobie stanowisko tego karabinu maszynowego. To był ten typowy nowoczesny lekki karabin maszynowy polskiej produkcji ze Starachowic. W tym momencie cisza, jeszcze nic się nie działo, jakaś niby wojna psychologiczna, jak w tej chwili oceniam. Jedna strona nie wie nic o przeciwniku i druga nie wie..., to znaczy my wiedzieliśmy więcej o nich. W pewnym momencie plutonowy dowodzący tym oddziałem dał rozkaz: „Krótkie serie, ognia!” I chłopaki dali dwie, trzy salwy. Strzeliłem tylko raz albo dwa razy. Po prostu szkoda mi było nabojów, bo po co to. Dlatego, że oddałem wszystkie ładownice za wyjątkiem dwóch, w których zostało niewiele ponad trzydzieści nabojów i to, co było w karabinie. Musiałem oszczędzać, bo nie wiadomo, do kiedy potrwa Powstanie. Nawet jak strzelałem, to słyszałem w pewnym memencie dźwięk odbitej, trafionej w pancerz kulki, mojego pocisku, który doleciał. Nic. Później nic, znów przerwa, później drugi raz znów po jakichś pięciu minutach plutonowy znów: „Ognia!” I znów dwie serie. Ale w tym momencie zobaczyłem, że obraca się kopuła jednego czołgu i lufę wycelowaną prosto w nas, prosto we mnie, jak patrzyłem, to tak jak bym widział cały otwór aż do zamku. Stanęli i zaczęli strzelać. Dwa pociski były Panu Bogu w okno, ale trzeci pocisk był prawie celny, mianowicie trafił w dom, który stał szczytem odwrócony do naszej szkoły, jednopiętrowy, mający spadzisty dach, cały wymurowany, bez żadnego okna. W efekcie wybuchu tego pocisku było to, że w tamtym domu została wybita dziura wielkości średnicy ponad pół metra. Przypuszczam, że nie był szrapnel, dlatego, że gdyby był szrapnel, ot bym nie żył, bo pocisk rozbił się dokładnie sześć metrów ode mnie. Byłem na trzecim słupku. Nie wiem, czy się poruszyłem, albo obaj się poruszyliśmy, bo dwóch nas stało, tak się poruszyliśmy, że w momencie po strzale rozwaliło się to nasze prowizoryczne podium i upadłem na lewe biodro. Zabolało mnie dosyć mocno, ale nie zwróciłem uwagi, poboli i przestanie. Natomiast nie wiem, nie przypominam sobie, bo byłem trochę w szoku, jak widzi się nieomal, bo nie słyszało się strzału, tylko usłyszało się wybuch tego pocisku, dopiero jak się rozrywał, ten huk wystrzału. Nie wiem, czy strzelili jeszcze raz, ale jak wydrapałem się znów na jakieś szczątki tego [podium], to nagle zauważyłem, że nie obracając lufy, mając skierowaną do [nas], oba czołgi zaczęły wycofywać się tyłem. Później wrócili z powrotem Białołęcką. Noc właściwie jeszcze nie skończyła się. Chyba gdzieś koło jedenastej w nocy znów usłyszeliśmy warkot. Tym razem okazało się, że to był jadący motocykl. Przygotowaliśmy się na przyjęcie go, usadowiłem się, ale okazało się, że prawdopodobnie był to jakiś wywiadowca, który chciał stwierdzić czy jeszcze powstańcy są tutaj, czy nie zmieniliśmy miejsca swojego pobytu. To był motor z wózkiem, na którym siedział żołnierz, który miał pistolet maszynowy. Nie mieliśmy w ogóle szansy, dlatego, że szybko nadjeżdżający pojazd, reakcja jest niemożliwa, trzeba by mieć odpowiednie oddalenie, żeby z dwudziestu metrów nadjeżdżający na wprost, szczególnie, że przejechali nam po chodniku przed samym nosem. Znów strzeliłem raz, później za nimi strzeliłem drugi raz jak przejechali. Następnego dnia wysyłało dowództwo jakieś oddziały penetracyjne, szczególnie w tereny koło parowozowni i wejścia do warsztatów kolejowych odległych od siebie o jakieś sto pięćdziesiąt metrów. W parowozowni pracował mój tata, a ja z nakazu pracy pracowałem w naprawczych warsztatach kolejowych najczęściej na nocną zmianę, dlatego, że w dzień chodziłem do szkoły, do gimnazjum na ulicy Chmielnej. Wrócę do tego jak zacząłem być w konspiracji. Mogłem z powodzeniem wstąpić do szeregów, do oddziałów komunistycznych. Mianowicie moim dobrym kolegą był Feliks Kędziorek, który był prawdopodobnie jednym z drużynowych komunistycznych. Drugi aspekt, to mój ojciec miał zmiennika na parowozie, także maszynistę, pana Olewińskiego, który po wojnie został wiceministrem kolei państwowych. W czasie okupacji z Felkiem żeśmy rozmawiali o konspiracji: „Należysz gdzieś?” Ubiegł go Antek Urbański i zwerbował mnie do NSZ-u, do przeciwnego skrzydła politycznego. Trudno jest kogokolwiek winić, dlaczego nie był w AK, przecież myśmy na ogół nie wiedzieli, co to jest polityka. Kończąc czternaście lat o polityce mówiło się jak o czymś najgorszym, pisząc na przykład w restauracjach: „O polityce rozmawiać nie wolno.” Co to jest polityka, jakie są stronnictwa, jakie są ich cele, jaki jest program, to nikt z nas nie wiedział. Dzieło przypadku, że znalazł się nie w tej, tylko w innej organizacji. Byłem trochę przypadkowo w NSZ-ie. Wprawdzie nie mam czego żałować, bo nie byłem bezczynny, coś robiłem i widocznie robiłem to w sposób wystarczająco dobry, że byłem wyznaczany do wielu akcji. Czasami byłem w bardziej zażyłych stosunkach z moimi kolegami, z braćmi Kuziołami, bliźniakami podobnymi do siebie, z Maruszkiewiczem, który później był w „Gwardii” warszawskiej bardzo znanym stoperem, obrońcą w piłce nożnej, potocznie nazywali go „Szafa”, bo przez niego żaden napastnik nie przeszedł, każdego zablokował.